Nagle przed chatą
„Nagle przed chatą rozległy się jakieś obce, podniecone, pełne oburzenia głosy. Drzwi otwarły się na oścież i dziecięcy głosik zawołał
—Fan Vincent jest tutaj, messieursl
Vincent umilkł. Ludzie zwrócili się w stronę drzwi. Weszło dwóch dobrze ubranych panów. Płomień lampy przez chwilę zamigotał żywiej. Vincent dojrzał na twarzach obcych lęk i osłupienie.
—Witajcie, wielebny panie de Jong i wielebny nanie Van den Brink — powiedział nie podnosząc się z posiania. — Odprawiamy nabożeństwo za pięćdziesięciu siedmiu górników zasypanych żywcem w kopalni. Może panowie przemówią do tych ludzi, powiedzą im kilka słów pocieszenia. Pastorzy dłuższy czas nie mogli głosu wydobyć.
— Niesłychane! To wręcz niesłychane! — krzyknął de Jong klepiąc się głośno po tłustym brzuchu.
— Można by sądzić, że się jest w dżungli — oświadczył Van den Brink.
—Bóg wie. ile on tu znów nabroił.
— Potrwa lata, nim się tych ludzi zrobi z powrotem chrześcijanami.
De Jong skrzyżował ręce na wydatnym brzuchu i zawołał
— A mówiłem od razu, żeby mu nie dawać nominacji.
— Wiem, ale przecież... Pietersen... Kto by uważał podobne rzeczy za możliwe, bodaj we śnie Ten człowiek jest całkiem zwariowany!
— Zawsze podejrzewałem, że brak mu piątej klepki. Nigdy nie miałem do niego zaufania.“(4)
<<<< Wachicka milczała i tylko
| - Przepraszam ojcze Jeszcze >>>>